Z perspektywy półwiecza

 

 

            Kolejny XII już Zjazd Absolwentów Liceum Pedagogicznego im. Adama Mickiewicza  w Kwidzynie, kto wie - może ostatni – jest zapewne ewenementem w skali kraju i historii polskiego szkolnictwa. Wynika to z faktu, iż w odróżnieniu od innych, aktualnie funkcjonujących szkół – Liceum Pedagogiczne w Kwidzynie – zakończyło swoją działalność 33 lata temu, a mimo to żywotna społeczność szkolna tej uczelni spotyka się regularnie w odstępach pięcioletnich (wyjątkiem jest obecny zjazd).

            Wynajmowane sale wypełnione są po brzegi absolwentami, którzy mieszkają w kraju i zagranicą – od Republiki Federalnej Niemiec po Stany Zjednoczone.

            Jest w tym zjawisku jakiś „spiritus movens”, który je objaśnia, chociaż bezsprzecznym wydaje się fakt, że Zjazdy Absolwentów nie byłyby możliwe, gdyby nie wysiłek, trud i poświęcenie Komitetu Organizacyjnego, skupiającego absolwentów kwidzyńskiej sieci szkolnej. Chciałbym w tym miejscu złożyć Im wszystkim serdeczne podziękowania.

            Licea Pedagogiczne działały w określonym czasie historii Polski, z jego wszystkimi konsekwencjami. Na tle ówczesnego szkolnictwa zawodowego jawią się jako szkoły, które dobrze, zgodnie z postawionymi im celami, spełniły swoje zadania.

            Jakkolwiek postęp cywilizacyjny wywierał wpływ na system organizacyjny kształcenia nauczycieli i coraz bardziej go różnicował ( SN, WSN, wyższe uczelnie pedagogiczne), to w owym czasie inspektorzy szkolni preferowali absolwentów liceów pedagogicznych wśród nowozatrudnianych nauczycieli. Nauczyciele wykształceni w liceach pedagogicznych dawali bowiem gwarancję wysokich kwalifikacji zawodowych i wszechstronnego przygotowania organizacyjno – pedagogicznego. Z czasem większość z nich zdobywała kolejne stopnie w wykształceniu i kwalifikacje wymagane w ich miejscach pracy i pożądane w ich środowiskach zawodowych.

            Należę do pokolenia, które wchodziło w wiek dojrzały w okresie powojennym, kiedy kształtował się nowy porządek społeczno-polityczny, wyznaczający perspektywy i wizje przyszłości. W tym czasie alternatywy ani wyboru nie było.

            Mój wybór zawodu nauczycielskiego był jednak w pełni świadomy.

            Los szczęśliwie skierował mnie do Kwidzyna, określanego w owym czasie ˝miastem szkół i młodzieży˝. I tak z 3-letnim nakazem pracy w 1954r. zjawiłem się w Liceum pedagogicznym na tzw. Konferencji Sierpniowej.

            Fakt otrzymania pracy przez absolwenta wyższej uczelni w Zakładzie Kadrowym oznaczał z jednej strony swego rodzaju nobilitację, z drugiej zaś odpowiedzialność i sprostanie wymogom, jakie miała codzienna rzeczywistość szkolna.

            I chociaż nie byłem debiutantem w prowadzeniu zajęć dydaktyczno-wychowawczych (2 lata pracowałem w wieczorowej szkole podstawowej budowniczych MDM-u w Warszawie), to jednak swoista trema towarzyszyła mi w realizacji pierwszych przedsięwzięć. Obserwując koleżanki i kolegów z grona nauczycielskiego, zdawałem sobie sprawę z ich przewagi jaką posiadali nade mną, wynikającą nie ze statusu materialnego, ale przede wszystkim z doświadczenia pedagogicznego.

            Sytuacja materialna początkującego nauczyciela w owych latach była nie do pozazdroszczenia. Pensja za etat w uprzywilejowanej szkole wynosiła 820 zł (netto 790 zł).

            Nie było wyprawek, zapomóg, a co najważniejsze już wtedy brakowało przede wszystkim mieszkań. Pierwszy budynek mieszkalny w Kwidzynie pobudowano w 1959r., którego stałem się szczęśliwym mieszkańcem.

            Tak więc początki jak zawsze były usiane wieloma trudnościami i tarapatami. Ich rozwiązywanie łączyło się z pomocą, serdecznością i przychylnością z jaką spotykałem się ze strony dyrekcji szkoły w osobach dyrektora śp. Stanisława Dudulewicza i jego zastępcy Zygmunta Lewandowskiego. Pomocną dłoń wyciągali również moi starsi koledzy, m.in. Mieczysław Michnowski oraz śp. Bolesław Szynaka i   Michał Gembicki.

            Jednak centralnym punktem życia pozostawała praca w szkole z jej młodzieżą, rekompensująca niedostatki, stanowiąca panaceum na wszelkie dolegliwości.

            Ważkimi elementami, ułatwiającymi realizację podstawowych zadań dydaktyczno-wychowawczych były: atmosfera szkolna i postawy uczącej się młodzieży.

            Grono nauczycielskie stanowiło zespół kompetentnych pracowników, rozumiejących dobrze swoje zadania i i świadomie dążących do osiągnięcia założonych celów.

            W kształtowaniu klimatu szkoły zarówno w zespole nauczycielskim, jak i w relacji uczeń – nauczyciel ważną rolę odgrywał jej dyrektor śp. Stanisław Dudulewicz, który jeśli był rygorystą (vide: J. Bachórz, Wspomnienie....), to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Chociaż często spełniał rolę pośrednika-moderatora. Gdy był nieobecny w szkole, nie potrzebował zostawiać na wieszaku przed swoim gabinetem ani kapelusza, ani parasolki, a szkoła funkcjonowała normalnie.

            Podstawowym członem społeczności szkolnej była młodzież w większości wywodząca się ze środowiska wiejskiego, chętna do nauki, skromna z natury, miła z usposobienia, odznaczająca się dużymi zdolnościami organizacyjnymi.

            Podobnie jak jej nauczyciele i wychowawcy majętnością ona nie grzeszyła. Stąd też na ogół wzrost poziomu materialnego uczniów odmierzały dwa probierze: zegarek i pierścionek. Po żniwach, w pierwszych dniach każdego roku szkolnego, prowadząc lekcje miałem możliwość oglądania u uczniów coraz to nowe cuda przemysłu zegarmistrzowskiego.

            W sprawie pierścionków (złoto, tombak) byłem egalitarystą. Zwalczałem wówczas zwyczaj noszenia pierścionków w szkole. Dlatego też na imprezach szkolnych dedykowano mi najczęściej melodię ˝Złoty pierścionek na szczęście˝.

            W prac dydaktyczno-wychowawczej starałem się być merytoryczny i wymagający, ale jednocześnie przychylny i sprawiedliwy. Owocowało to pozytywnymi rezultatami wśród uczniów a mnie dawało dużo zadowolenia i satysfakcji.

            ˝Finis Coronae Opus˝. Zwieńczeniem działalności dydaktyczno-wychowawczej szkoły w cyklu 4-letnim, od rok szkolnego 1957/58 pięcioletnim, był egzamin dojrzałości. Było to wielkie przeżycie zarówno dla uczniów jak i dla nauczycieli. 

            Oceniając skalę trudności jaką niosła ówczesna matura, należy stwierdzić, że progi i poprzeczki były wysoko ustawione. Dla mnie – starego konserwatysty – tamta matura była, zarówno dla ucznia, jak i dla nauczyciela, bardziej przejrzysta i czytelna.

            Według mnie, współczesne projekty i próby przeprowadzania egzaminu dojrzałości grzeszą poważnym mankamentem, polegającym na wyłączeniu procesu wychowawczego szkoły z ogólnej oceny abiturienta. Ponadto ograniczają one również rolę nauczyciela (kierownika i organizatora procesu dydaktyczno – wychowawczego) do wynajętego narzędzia.

            Po otrzymaniu świadectw dojrzałości absolwenci przygotowywali swoją uroczystą imprezę – bal maturalny. Bale maturalne w Liceum Pedagogicznym w Kwidzynie miały swoją tradycję i bogatą oprawę. Urastały do wydarzenia kulturalno – rozrywkowego w skali nie tylko miasta, ale i powiatu kwidzyńskiego. W latach pięćdziesiątych odbywały się w dwóch etapach. Po balu nieodzowne były poprawiny. Oj nadyżurowało się! 

            W końcu nadszedł rok 1970. Pan dyrektor Józef Łukasiak ogłosił zakończenie działalności Liceum Pedagogicznego w Kwidzynie. Po szesnastu latach „belfrowania” podjąłem studia doktoranckie, które z sukcesem zakończyłem w 1974 roku i uzyskałem stopień doktora nauk historycznych.

            Dzisiaj z perspektywy pięćdziesięciu lat widzę ten kwidzyński etap w swoim życiu jako bardzo udany. Tu dojrzewałem zawodowo, tu rozpoczęło się moje małżeństwo, urodziły się moje córki. Tu wreszcie poznałem wielu ciekawych ludzi, od których dużo się nauczyłem. Wiele z nawiązanych przeze mnie w Kwidzynie przyjaźni trwa do dziś i są to związki bardzo trwałe i dla mnie osobiście cenne.

            Wspominam te czasy z nostalgią nie tylko dla tego że byłem młody i...

 

 

 

 

                  Gdańsk, kwiecień 2003 roku                                               Bogdan Głowacki

 

 

 

 

List

 

 

Szanowna Pani,

Na samym wstępie mojego listu chciałbym bardzo gorąco podziękować za przesłane mi pozdrowienia i za przyjazną pamięć. Każda wiadomość z Kwidzyna – jak ja mówię – mojego miasta, sprawia mi zawsze ogromną radość. Przecież ja w tym mieście spędziłem moje najbardziej radosne, pracowite i twórcze lata w całym moim życiu. Trwało to 15 lat.

            Pracując w liceum jednocześnie dalej studiowałem. Jedną wyższą uczelnię kończyłem, kolejną zaczynałem.

            Oprócz normalnej pracy w szkole pełniłem wiele funkcji społecznych: kilka kadencji w radach narodowych, jako ławnik w sądzie, a także uczestniczyłem we władzach naczelnych ZSL w Warszawie. Odnotować także muszę zaszczyt kandydowania na posła do sejmu. To tylko niektóre wydarzenia, które nasunęła mi pamięć. Nic dziwnego, że o nich wspominam – kojarzą mi się z moim Kwidzynem. Więcej i bardziej szczegółowo piszę o nich w mojej biografii, która jest w druku.

 

            W Kwidzynie znalazłem się po trzech latach pracy w Kościerzynie. Awansowano mnie na zastępcę dyrektora w Liceum w Kwidzynie. Najbardziej cieszę się z tego, że w Kwidzynie poznałem wspaniałych ludzi z Heniem Hawliczkiem i jego uroczą małżonką Grażyną na czele. Są to moi najlepsi przyjaciele.

            Tak się złożyło, że do Kwidzyna, do pracy w Liceum Pedagogicznym, przybyliśmy w tym samym roku 1952 wraz z dyrektorem S. Dudulewiczem, tworząc dyrekcję szkoły. Już w pierwszych, wzajemnych kontaktach uzgodniliśmy zakres i podział naszych obowiązków i kompetencji. Dyrektor Dudulewicz zajął się sprawami gospodarczo-ekonomicznymi, a mnie przypadła strona naukowo-edukacyjna młodzieży. Mnie to odpowiadało, gdyż kontynuowałem studia i byłem na bieżąco we wszystkim, czego wymagała realizacja programu w tego typu szkole.

            Zdawałem sobie sprawę z tego, jaka odpowiedzialność spoczywa na nas, jako na dyrekcji zakładu kształcenia kadr dla szkolnictwa. Chciałbym zwrócić uwagę na to, że licea pedagogiczne były szkołami – jak nas nazywano – elitarnymi. Zatrudniano tu najlepsze kadry, najlepszych fachowców. Czyniono to ze zrozumiałych względów, przecież od nich zależało, jakich wykształcimy absolwentów. To również odnosiło się do nauczycieli zatrudnionych w szkole ćwiczeń.

            Do szkoły ćwiczeń inspektor Rombel kierował najlepszych nauczycieli z całego, podległego mu środowiska nauczycielskiego. Każdy nauczyciel zatrudniony w naszym zakładzie czuł się wyróżniony i poczytywał to sobie jako pewien rodzaj nobilitacji w środowisku nauczycielskim. Chcę tu podkreślić, że wszyscy nauczycie w szkole ćwiczeń oraz wielu w liceum – byli honorowani specjalnymi dodatkami do uposażeń, co nie było bez znaczenia w myśl przysłowia: „Pecunia non olet”. Chcę z całą mocą podkreślić, że w naszych wspomnieniach za mało mówi się o nauczycielach zatrudnionych w szkole ćwiczeń. Ci nauczyciele pozostawali jakby w cieniu. O nich mało się mówiło i pisało, nawet podczas naszych, dotychczasowych spotkań zjazdowych. A przecież to byli fachowcy o najwyższych kwalifikacjach swymi umiejętnościami niejednego nauczyciela zatrudnionego w liceum. Chciałbym bardzo podkreślić duże umiejętności pedagogiczne i fachowe, wychowawcze podejście do młodzieży, samego kierownika Franciszka Zabłockiego. Potrafił młodzież zachęcić do produkcji różnych użytecznych wyrobów, m.in. pszczelich uli.

Na specjalną uwagę i uznanie zasługuje praca nauczycielek w dziedzinie harcerstwa. To wszystko odbywało się przy inspiracji p. Zofii Dudulewicz.

Pisząc o pracy nauczycieli szkoły ćwiczeń przytoczę zabawne wydarzenie, jakie miało miejsce, a w którym ja także uczestniczyłem. Chodziłem często na lekcje do koleżanki uczącej j. rosyjskiego. Wszyscy dziwili się, dlaczego tak często ją hospituję. Różne były na ten temat komentarze. Koledzy początkowo nie wiedzieli, że chodziłem po to, żeby douczyć się tego języka, potrzebnego mi do egzaminu na studiach na UMK w Toruniu. W ten sposób sprawa się wyjaśniła, chyba ku ogólnemu zadowoleniu, głownie jednak mojemu, gdyż egzamin gładko mi poszedł.

W naszej szkole zatrudnionych było kilkadziesiąt nauczycieli. Jest rzeczą naturalną, że w tak licznym gronie mogły się znaleźć osoby o różnych osobowościach. Dużo kosztowało mnie zabiegów, aby z każdym z nich znaleźć wspólny język i po prostu dogadać się. Mieliśmy szczęśliwie doborową kadrę, mogącą z powodzeniem prowadzić wykłady na wyższych uczelniach. Do takich wykładowców należała p. Smodlibowska, p. Spanili. Ta ostatnia bardzo emocjonalnie prowadziła zajęcia, zniszczyła sobie struny głosowe i niestety, musiała przedwcześnie zakończyć swoją karierę nauczycielską. Choroba gardła i zniszczone struny głosowe to zawodowa choroba nauczycielska.

Kolejnymi nauczycielami, z których szkoła jest dumna, to obecni profesorowie uniwersyteccy – prof. dr hab. Józef Bachórz i prof. Gertruda Skotnicka. Nie mniejszą dumę przynoszą szkole absolwenci sprawujący wysokie stanowiska na uczelniach wyższych, dla przykładu wymienię prof. dr hab. Daniela Simsona.

W naszej szkole był także zatrudniony personel administracyjno-techniczny. W biurze pracowała główna księgowa p. Dubiela. Była to osoba każdemu bardzo przyjazna, ale rozkojarzona i słabo pamiętała, gdzie co położyła. Pewnego razu, ku mojemu rozbawieniu, zwierzyła się, jakie piękne byłoby życie, gdyby nie ginęły jej rzeczy. Wchodząc jednego dnia do biura spostrzegłem, że prawie wszystkie miejsca, a nawet część podłogi wyłożone były papierami. Pani księgowa szukała, oczywiście, jakiegoś pisma. Na barierce stała torebka. Od niechcenia zapytałem: A czy pani przeszukała już torebkę? Co się okazało – szukane pismo spokojnie leżało w torebce. Z tym odkryciem miałem kłopoty, gdyż p. księgowa patrzyła na mnie jak na jasnowidza.

W szkole zatrudnieni byli także: p. Szmelter na stanowisku palacza oraz p. Kaszecki jako tzw. starszy woźny. Ten ostatni ze swego tytułu był bardzo dumny i nie omieszkał z niego korzystać w kierowaniu pracą sprzątaczek w szkole.

Na koniec moich wspomnień chciałbym choć na chwilę zatrzymać moją uwagę na pamięci tych wszystkich Koleżanek i Kolegów profesorów, z którymi mi przyszło w sposób partnerski pracować, cieszyć się z osiągnięć i wspólnie szukać rozwiązań trudnych spraw. Byli to wspaniali ludzie, zawsze mi życzliwi. Sięgając myślą i pamięcią do tamtych lat przywołuję cytat z Horacego: „Non omnis moriar”. Oni nie cali umarli. Pozostawili po sobie nie tylko ślady swoich stóp, jak to często powtarzał biskup Jan Chrapek. Oni pozostawili po sobie coś więcej, bo cząstkę samych siebie, wszystko co najlepsze i najcenniejsze, co posiadali w całej swojej sferze intelektualnej, woluntarnej, a nade wszystko w sferze emocjonalnej. Odeszli od nas tak daleko, a pozostali w naszej pamięci tak blisko. Ja dodam od siebie: niech Bóg będzie miłosierny zmarłym, a żywych na duchu pokrzepi i drogą obowiązku, i cnoty wiedzie.

Kwiecień 2003

 

Zygmunt Lewandowski

 

 

Pierwsza praca

 

 

            Po skończeniu studiów w roku 1952 otrzymałem nakaz pracy w Liceum Pedagogicznym w Kwidzynie jako nauczyciel geografii i astronomii. Pod koniec sierpnia tegoż roku udałem się do Kwidzyna w celu objęcia stanowiska pracy. Funkcje dyrektora od września 1952 roku pełnił p. Stanisław Dudulewicz, zaś jego zastępcą został mianowany p. Zygmunt Lewandowski z Kościerzyny.

            Pierwsze znajomości zawarłem z nieocenionymi wówczas kolegami: Franciszkiem Kwiatkowskim (zajęcia techniczne) i Bolesławem Szynaką (historia). Oprócz nich w gronie pedagogicznym wyróżniała się matematyczka p. Zdzisława Smodlibowska -–zawsze pełna humoru, służąca radą i świadcząca pomoc szczególnie młodym nauczycielom.

Wraz z rozpoczęciem roku szkolnego 1952/1953 miałem okazję poznać uczniów klas, w których uczyłem. Była to przeważnie młodzież wiejska, w dużej części pozbawiona przez wojnę rodziców i będąca na ewidencji Domów Dziecka.

Dzisiaj po 48 latach pracy pedagogicznej stwierdzam, że była to najlepsza młodzież spośród młodzieży szkół, w których uczyłem. Była chętna do pracy, a szkoła była dla niej drogą do awansu społecznego i nobilitacji po okresie wojny.

Na pierwszej Radzie Pedagogicznej zostałem mianowany wychowawcą klasy Ic. Była to jedyna koedukacyjna klasa wśród klas pierwszych - liczyła ona 45 uczniów. Około 70% mojej klasy otrzymywało stypendia, które były też formą zachęty do walki o lepsze wyniki w nauce, gdyż ocena niedostateczna uniemożliwiała ubieganie się o stypendium.

Szczególnie utkwili w mojej pamięci, jako uczniowie bardzo solidni i bardzo dobrzy, Eugenia Stasiewska, Barbara Ciesielska, Maria Jaruszewska, Maria Sielska, Sylwia Tiede oraz Henryk Winkiel. Do dziś pamiętam dwóch wybitnych uczniów z klasy czwartej: Witolda Czajkowskiego i Stefana Rudnika.

Dobrym duchem w walce o prestiż Liceum Pedagogicznego, zadowalające wyniki nauczania i wychowania był, już wcześniej wspomniany, p. dyrektor Stanisław Dudulewicz. On też szczególnie opiekował się młodymi nauczycielami. Rady tego doświadczonego pedagoga były zawsze celne i przyczyniały się do eliminacji błędów dydaktycznych.

W czasie mojej pracy w Liceum istniał internat żeński i męski (w dwóch osobnych budynkach). W internatach tych mieszkało około 250 wychowanków płci obojga.

Późniejsza moja praca to pełnienie funkcji w-ce dyrektora w II Liceum Ogólnokształcącym w Tczewie. Od roku 1962 zostałem mianowany dyrektorem I Liceum Ogólnokształcącego w Starogardzie Gdańskim i piastowałem to stanowisko do przejścia na emeryturę, tj. do roku 1984.

Dotychczas uczestniczyłem w trzech zjazdach Liceum Pedagogicznego w latach 1965, 1990 i 2000. Zjazdy te mile wspominam, gdyż atmosfera na nich na charakter familijny, do czego przyczyniło się Koło Absolwentów Liceum Pedagogicznego oraz dyrektor Stanisław Dudulewicz.                                                              Mieczysław Michnowski

 

 

Zawód nauczycielski nigdy nie był lukratywny.

 

 

   Ilekroć jestem w Kwidzynie i mijam gmach Szkoły Podstawowej nr 4, towarzyszy mi uczucie żalu – już nie istnieje tam dawne Liceum Pedagogiczne.

Może bierze się to stąd, że w latach czterdziestych byłam uczennicą Szkoły Ćwiczeń a następnie kilka lat (do początku likwidacji szkoły) przepracowałam jako wychowawczyni internatu a następnie bibliotekarka Liceum. A może jest jeszcze inny powód?

w swoim czterdziestoletnim stażu nauczycielskim zaliczyłam szkoły różnego typu z wieloma nauczycielami i setkami uczniów. Mogę zatem obiektywnie i uczciwie ocenić młodzież, z którą dobrych kilka lat pracowałam.

Zawód nauczycielski nigdy nie był lukratywny. Trzeba było dużo chęci i nawet – użyję tu słowa dzisiaj niemodnego i trącącego patosem – powołania. Ci młodzi ludzie nie liczyli na inną pracę, po prostu chcieli uczyć.

Stąd tyle samozaparcia w ćwiczeniach gry na skrzypcach, których wysłuchiwałam do późnych godzin wieczornych podczas moich dyżurów internackich.

Pracując w bibliotece szkolnej niejako z boku obserwowałam poczynania i pracę licealistów. Szczególnie ci z klas starszych mieli jej multum – wszystkie przedmioty ogólnokształcące, pedagogiczne plus pisanie licznych konspektów, do tego praktyka szkolna i bibliotekarska. Stosy przeczytanych książek, przewertowanych czasopism, dyskusje prowadzone między sobą na temat przygotowywanych lekcji – tego wszystkiego często byłam świadkiem.

Nieraz rozmawialiśmy na różne – najczęściej szkolne tematy i wówczas wyczuwałam duże zaangażowanie i poważne podejście do tego, co robią i czego się uczą.

W czasie swoich studiów słuchałam wykładów znanego pedagoga prof. Józefa Kwiatka, który po skończonym bardzo uczonym wykładzie mówił: „... a teraz powiem wam, jak to trzeba zrobić”. Moi licealiści wiedzieli jak trzeba nie tylko uczyć ale jak postępować i rozmawiać z dziećmi. Przekonałam się o tym, kiedy obserwowałam praktykantów – studentów, którzy po wyjściu z klasy byli zupełnie bezradni wobec gromady rozbawionych i rozkrzyczanych dzieci. Tego, jak postępować w określonych przypadkach, uczyło liceum pedagogiczne.

Pracując w szkole podstawowej często słyszałam: „ To bardzo dobra nauczycielka, bo jest po liceum”. Słysząc to byłam bardzo dumna, bo mowa była o absolwentach kwidzyńskiej szkoły, dzisiaj moich przemiłych Koleżankach spotykanych od czasu do czasu w Malborku.

Istnieje powiedzenie: „ Jacy wychowawcy, tacy uczniowie”.

Jak już nadmieniłam, pracowałam w wielu szkołach, ale tylu prawdziwych, profesjonalnych, oddanych młodzieży nauczycieli spotkałam tylko w kwidzyńskim Liceum.

Nie można pominąć ważnej roli Szkoły Ćwiczeń, gdzie licealiści zdobywali solidna praktykę i uczyli się, jak radzić sobie w różnych, nieraz bardzo skomplikowanych sytuacjach.

Mój starszy syn, który skończył właśnie tę szkołę, często wspomina swoje nauczycielki i bardzo żałuje,  że jego dzieci nie mają takich pedagogów. Nie chcę, aby moje wynurzenia zabrzmiały jak laurka ku czci... ja też bardzo żałuję tej szkoły!

 

Malbork, 12.04.2003 r.                                                    Alicja Zabłocka

 

 

 

 

 

 

 

 

O, NOCY MOJA!

 

Idąca ze mną z wrześniowej pożogi,

W łun krwawym blasku, a z bladym księżycem,

Poprzez popłochem zatłoczone drogi,

Wśród krwi, żelaza i mąk nawałnicy

Niosąca myśli nieznane nikomu

O moim Wielkim i mym małym domu,

O, nocy moja!

 

Osłabła z głodu w stepach Kazachstanu,

Pchająca taczkę przekleństw, ciężkich robót,

Spłoszona widmem wolnego konania,

W wizji rozstrzelań i katyńskich grobów,

Jak piorun białą, omdlałą rozpaczą,

Doli zesłańczej i nędzy tułaczej,

O, nocy moja!

 

Stęskniona w piasków irackich wichurze,

Kiedy nareszcie wybije godzina

I ty, w tysiącach ran, w krwi na mundurze,

Mściwa, zwycięska spod Monte Cassina,

Krwią i bagnetem chcąca przebić ciemność,

O, ty nie będziesz mi nigdy daremną,

O, nocy moja!

 

18-24.V.1944

 

            Wiersz drukowany był w „Myśli Polskiej” w Palestynie w 1944 r. i kilkakrotnie w „Gońcu Karpackim”, ostatnio nawet w latach 80-tych i 90-tych w Londynie. Ale powtórzony w 1950 roku w gazetce-ulotce „Brzask” naszej tajnej organizacji dopiero został „należycie oceniony” – na dziewięć lat więzienia stalinowsko-bierutowskiego. Na szczęście Józefowi Stalinowi przedwcześnie się sczezło, powiał inny wiatr, trochę inny i dziewięć lat „zdenominowało się” na cztery lata i cztery miesiące. Ale i tak życie mocno zmarnowane, studia przerwane na ostatnim roku, już nieukończone, życie moje i rodziny mocno nadszarpnięte… Kto winien? Na szalach wagi ważą się – na jednej zbrodniczość, podłość i małoduszność kilku wielkich wodzów i służb bezpieczeństwa tamtego okresu (niekoniecznie tylko radzieckich i ich polskich marionetek, ale i innych) – na drugiej własna brawura, głupota, niedoświadczenie, ot młodość… Oby rozum był przy młodości – mówiono w Czarnolesie – o, nie, nie, nie będzie – słychać dziś w odpowiedzi… dzisiejszych młodych. Po co razem, w zgodzie i spokoju, gdy każdy ma jakieś manowce, w które chce leźć, a każdy w inne…

           

          Bolesław Duch