„U nas, bracie, to była szkoła!”

 

 

 

 

    Nasze kochane Liceum Pedagogiczne w Kwidzynie, które miałem zaszczyt ukończyć w 1953r., będę pamiętał do końca moich dni.

Było to liceum, z dzisiejszego punktu widzenia, „rodzinne”, które na owe czasy spełniało kryteria szkoły nowoczesnej, „szkoły 21 wieku”.

Pomimo trudnego okresu powojennego, Dyrekcja oraz Grono Pedagogiczne tworzyli zawsze klimat partnerski, przyjazny dla ucznia, klimat poszanowania człowieka, gdyż zawsze na pierwszym miejscu widzieli w uczniu człowieka i takie podejście do uczniów nam wpajali.

Pomimo, że byliśmy jak jedna rodzina, uczono nas pracowitości, pilności, uczciwości, szacunku do drugiej osoby, samodzielności, poszukiwania i odkrywania nowych dróg i metod nauczania. Nauczyciele nasi zawsze stanowili wzór godny naśladowania. Przekazywali nam wiedzę merytoryczną z pasją i pełnym zaangażowaniem, by przygotować nas do godnego podjęcia pracy w zawodzie nauczyciela.

   Dla nauczycieli naszego liceum nie było uczniów złych, straconych; każdy otrzymał w porę radę, pomoc i szansę wyjścia z kryzysu. Pragnę w szczególności podkreślić rolę naszego kochanego dyrektora – ojca – św.p. Stanisława Dudulewicza, który był zawsze godny naśladowania. Wiele roczników nie zapomni nigdy św.p. pani prof. Zdzisławy Smodlibowskiej. Te wspaniałe postacie nieraz wspominamy z łezką w oku. Pragnę także wymienić równie wspaniałych nauczycieli, jak św.p. prof. Smaglewski – wychowawca naszej klasy, jak Leon Żywicki, Bolesław Synaka, Dymitr Jabłoński, Michał Piskunowicz oraz żyjący prof. Zygmunt Lewandowski, Michał Michnikowski. O innych pedagogach pozostała pamięć, niestety nazwiska uleciały z pamięci.

Ze wzruszeniem wspominam nasz rocznik – 53, który został wyposażony przez Naszych Profesorów w najwspanialsze cechy życiowe, dzieki którym z tych skromnych lub krnąbrnych dzieciaków wyrośli wspaniali nauczyciele, dyrektorzy, inspektorzy, instruktorzy – metodycy, np. św.p. Stefan Rudnik – Rektor Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Słupsku, św.p. Włodzimierz Jackowski – burmistrz oraz inspektor Ośw. i Wych. w Kwidzynie. Nieliczna grupa odeszła z naszego zawodu aby pełnić odpowiedzialne funkcje w różnych organach państwowych, kak np. Witold Czjkowski i Kazimierz Wasiak.

Uczniowie naszego rocznika i innych przyczynili się do utworzenia drużyny piłki ręcznej – tradycyjnego „szczypiorniaka”. Graliśmy w barwach „Startu Kwidzyn” doprowadzając drużynę do II ligi.

   Czuję się zobowiązany wymienić niektórych zawodników – współzałożycieli drużyny. Byli to: Władysław Prociak, Władysław Hiszczyński, Kułak, Szczepański, Korneluk, Nowak, Winkiel, no i ja. Trenerem naszym był p. Władysław Piskunowicz, ale podstawy dał nam jego brat, nasz profesor wychowania fizycznego Michał Piskunowicz. Tradycja tej dyscypliny sportu jest kontynuowana w Kwidzynie do dziś, gdyż, jak mi wiadomo, mężczyźni graja w piłkę ręczną w I lidze.

   Absolwenci naszego Liceum są bardzo cenieni przez władze oświatowe i administracji państwowej. Gdy pada pytanie: „Jaką szkołę kończyłeś?” – to odpowiedź – „Liceum Pedagogiczne w Kwidzynie” – w pełni satysfakcjonuje pytającego, gdyż daje ona gwarancję, że jest to dobry pracownik, bez względu na to, jakie studia skończył.

Sam przekonałem się w swojej pracy zawodowej, że powyższa teza się potwierdza. Miałem przyjemność przez wiele lat współpracować jako zwierzchnik z naszymi absolwentami i z satysfakcją mogę powiedzieć, że moje dokonania i sukcesy były w dużej mierze ich zasługą.

W swojej pracy zawodowej pełniłem kolejno funkcje dyrektora szkoły, gminnego dyrektora szkoły, inspektora oświaty, wiceprezydenta Elbląga, kuratora oświaty i wychowania w byłym województwie elbląskim, a jako emeryt – metodyka kadry kierowniczej w oświacie. Pozwolę sobie wymienić, spośród wielu absolwentów naszego liceum, niektórych, którzy przyczynili się do moich osiągnięć, gdyż nasze Kuratorium, wśród 49 województw, uplasowało się na czwartym miejscu w ocenie Ministerstwa Oświaty i Wychowania. Byli to: Henryk Hawliczek pełniący funkcję wizytatora w Kuratorium, Barbara Frączek (panieńskiego nazwiska nie pamiętam) – pełniąca funkcję kadrowej w Kuratorium, Maria Lewandowska, Włodzimierz Jackowski, Wiesława Święcicka, Zbigniew Grabowski, Wiesława Grabowska, Henryk Winkiel, Barbara Ciesielska, Włodzimierz Hiszczynski, Zygmunt Filbrandt, Stanisław Taraszkiewicz, Korneluk, Maria Fijałkowska, Zbysio Rozkrut, Zenon Orłowski – dyr. Poradni Wych.-Zaw. w Elblągu, Łucja Grajewska – wieloletnia wykładowczyni prawoznawstwa w Lic. Ekonom. w Elblągu, zdobywajaca z uczniami czołowe miejsca w olimpiadach krajowych, Krystyna Stasiewska – wszechstronny nauczyciel zdobywający wiele nagród krajowych, a jej chór, prowadzony do dziś, zdobył I lokatę w kraju, Barbara Kuchta – niestrudzona harcerka i społecznica. Z przyjemnością wymieniam „naj” z najlepszych – mistrzynię wszechczasów – Helenę Majcher-Pilejczyk. W tym miejscu przyznam się, że ja w dalszym ciągu pracuję jako nauczyciel elementów prawa i w tym roku będę obchodził 50-lecie pracy zawodowej.

   O tym, że jesteśmy jedną wspaniałą rodziną, świadczą nasze zjazdy absolwentów.

Jesteśmy bodajże absolwentami jedynego liceum pedagogicznego w Polsce, w którym tak długo po likwidacji tego typu szkół organizowane są zjazdy. A zawdzięczamy to naszym niestrudzonym koleżankom i kolegom tworzącym Komitet Organizacyjny. Na nasze spotkania przyjeżdżają absolwenci z całego świata, np. z Australii, USA. Świadczy to o ich silnej więzi ze szkołą i chęcią spotkania się z koleżankami i kolegami.

Do tej pory odbyło się 11 Zjazdów; w tym roku, w czerwcu – będzie 12. Ja będę uczestniczył w jedenastym. Czekam na tę chwilę, gdyż witamy się radośnie z łezką w oku. Chwalimy się swoimi osiągnięciami oraz dzielimy się troskami.

Szkoda tylko, że tak wielu wspaniałych kolegów przedwcześnie odeszło i co roku jest nas mniej.

   Jeszcze raz z całego serca dziękuję Organizatorom Zjazdu. Nie wymieniam ich nazwisk, gdyż znamy ich osobiście i doskonale zdajemy sobie sprawę ile wysiłku trzeba włożyć, aby przygotować dwudniową imprezę na kilkaset osób.

 

                                                                                   Ryszard Skotnicki

                                                                                   rocznik 1953

 

 

 

 

 

    Do sławy ani do wielkich pieniędzy nie doszedłem, ale jestem szczęśliwy.

    Profesorom liceum zawdzięczam to, że nauczyli nas miłować ojczyznę i przyrodę, że wskazywali sprawiedliwszą społecznie drogę życia. Wdzięczny im jestem za rozwinięcie i uformowanie uczuć pozwalających na nostalgiczny wgląd w to co jeszcze istnieje i wspomnienia tego co bezpowrotnie minęło, za ukształtowanie tych uczuć, które ujęte zostały w jakże pięknym motto tegorocznego zjazdu: „Nasze Liceum istnieje w nas, w naszych sercach”. Dziękuję im. szczególnie prof. dr hab. Józefowi Bachórzowi za rozumienie uczniów z biednych domów, mgr Józefowi Makowskiemu za nauczenie analizy tekstu literackiego. Wszystkim za nauczanie swego przedmiotu i nietolerowanie lenistwa. Trudno przy okazji oprzeć się tkwiącej jeszcze we mnie konieczności podziękowania kołu absolwentów liceum skupionym wokół kolegi Zygmunta Filbrandta za ogrom pracy włożonej w zorganizowanie zjazdu. Najbardziej zapamiętałem rok 1958, w którym to dyrektor Dudulewicz spontanicznie zebrał nas na korytarzu szkoły i powiadomił o fakcie wystrzelenia w kosmos pierwszego na świecie sputnika, podkreślając przy tym znaczenie nauki i potęgę rozumu ludzkiego.

    Najbardziej przeżyłem rozstanie ze szkołą. Po maturze nie mogąc z miłości i przywiązania jej opuścić i wyjechać do domu, przez kilka nocy wraz z kolegami spaliśmy na zakurzonym, lamusowym strychu. W ciągu dnia chodziliśmy bez wyraźnego celu po mieście, podkreślając, iż jeden etap życia mamy za sobą. Byliśmy wolni, dorośli, ale czuliśmy pustkę i jakby odtrącenie przez matkę – szkołę przygarniającą do siebie już tylko młodsze roczniki, Zazdrościliśmy poniekąd młodszym kolegom. Na nieużytkowanym strychu nocowaliśmy we czterech. Osobami tymi byli: obecnie autor licznych rozpraw naukowych i książek, znany w świecie matematyk dający wykłady w Ameryce, Japonii, Australii, Afryce i Europie, promotor doktoratu honoris causa prezesa Narodowego Banku Polskiego Leszka Balcerowicza, dziekan wydziału matematyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, prof. dr hab. Daniel Simson. Drugim nocującym był: obecnie doktor filozofii, wykładowca Uniwersytetu Warmińskiego w Olsztynie Józef Starańczak. Trzecia osoba to mgr Andrzej Dąbrowski – kilkuletni dyrektor Technikum Wikliniarskiego w Kwidzynie. Przyznajemy się, tak, to my byliśmy tymi niesfornymi uczniami.

 

                                                                                   Józef Sokół

                                                                                   rocznik 1953

                                                                                  

 

 

 

Urodziłem się 24 sierpnia 1927 r. na Wołyniu. W roku 1945 ewakuowani byliśmy z Kostopola i przywieziono nas do Kwidzyna, ale już bez ojca, który został rozstrzelany przez gestapo ukraińskie.

Po przyjeździe do Kwidzyna podjąłem naukę w Liceum ogólnokształcącym, ale ze względu na trudną sytuację  materialną i konieczność szybkiego zdobycia zawodu przeniosłem się do Liceum Pedagogicznego, które ukończyłem 1950 roku. Dostałem nakaz pracy w Szkole Podstawowej w Ryjewie, a po dwóch latach przeniosłem się do Szkoły Podstawowej nr 5 w Kwidzynie.

W 1965 roku Inspektorat Oświaty zaproponował mi organizację Zasadniczej Szkoły Budownictwa Rolniczego przy PBR w Kwidzynie. Była to szkoła przyzakładowa, przygotowująca do zawodu murarza, cieśli, zbrojarza, malarza. Młodzież pracująca w OHP zdobywała dobre przygotowanie zawodowe i dlatego szkoły tego typu cieszyły się dobrą sławą. Z nimi też splotło się dalsze moje życie. Przeniosłem się do Gdańska, gdzie zostałem dyrektorem Ośrodka Dokształcania Zawodowego. W międzyczasie uzupełniłem wykształcenie uzyskując tytuł magistra historii. Obecnie pracuję społecznie w Związku Kombatantów, jestem prezesem Kola im. Jana Wejhera.

Liceum Pedagogicznemu zawdzięczam to, że przygotowało mnie do pracy, która była moją miłością i pasją.

 

Bohdan Misiórewicz

rocznik 1950

 

 

Moja dewiza życiowa: „… Nie w tem jest wart człowiek,

                                            co przemyślał i przeżył,

        ale co zrobił dobrego na świecie.”

        Andrzej Małkowski – 1914.

 

            Tak zwaną małą maturę ukończyłem w 1948 r. w Państwowym Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym w Kwidzynie. Kiedy postanowiłem przenieść się do Państwowego Liceum Pedagogicznego, profesorowie Kazimierz Snaglewski i Józef Podhajski starali się mnie zniechęcić do tej decyzji. Profesor Podhajski – starszy już człowiek, lwowianin mówił: „… Idź synu, idź na nauczyciela, to po 50-ciu latach pracy dostaniesz 500 zł emerytury!” Była to bardzo niska emerytura starego profesora, którą otrzymywał ten wspaniały człowiek. Profesor Snaglewski przekonywał mnie, że zawód nauczyciela jest trudny, niewdzięczny i nisko opłacany, że są lepsze zawody. Dzisiaj myślę, że w harcerstwie polubiłem pracę z dziećmi i młodzieżą i to było powodem przeniesienia się do szkoły kształcącej nauczycieli, w której ukończyłem maturę. Zdobyłem zawód nauczyciela. Dzisiaj zdaję sobie sprawę, że była to wspaniała szkoła z cudownymi nauczycielami. To oni właśnie nauczyli mnie, że „każde dziecko, nawet to najmniejsze, jest małym człowiekiem, nie można go lekceważyć i trzeba je szanować”. Nauczyli też, że „… jeśli traktować człowieka tak, jakby był tym, kim powinien i mógłby być, stanie się nim” (Goethe). Tam też ukształtowano we mnie szacunek dla każdego człowieka, niezależnie od jego zasobności materialnej, stanowiska i miejsca pracy. W tej szkole utrwalony został mój patriotyzm, miłość do Ojczyzny – tej małej, najbliższej i tej dużej. Uzyskałem też tutaj sporą wiedzę pedagogiczną i metodyczną. Do końca moje życia zachowam we wdzięcznej pamięci takich moich nauczycieli jak Adolf Tomera, Stanisława Sienkiewicz, Stefania Piastnowska, Zdzisława Smodlibowska, Bolesław Duch, Dymitr Jabłoński, Marian Kopanicki, ks. Izydor Koźbiał i Kazimierz Snaglewski, który w rok później znalazł się również w gronie nauczycieli naszego Liceum. Było to miłe dla mnie spotkanie! Dzisiaj żyje tylko profesor Bolesław Duch.

            Na zakończenie moich wspomnień przywołam w pamięci nasz uczniowski żart związany z profesorem B. Duchem. Codziennie przed pierwszą lekcją, po wejściu do klasy profesora odmawialiśmy modlitwę. Kiedy na pierwszą lekcję wchodził profesor B. Duch wstawaliśmy i bardzo głośno, skandując odmawialiśmy modlitwę: „Duchu Święty, który oświecasz serca i umysły nasze …”, patrząc na profesora. Profesor B. Duch z błyskiem w oku uśmiechał się „pod wąsem”, którego nigdy nie miał i nie było z jego strony żadnego komentarza. My uczniowie mieliśmy uciechę!

            I jeszcze chcę powiedzieć, że w całej mojej pracy zawodowej na wszystkich stanowiskach, kiedy spotykałem się z dyrektorami i kierownikami placówek oświatowych, słyszałem opinię, że najlepszymi, najlepiej przygotowanymi do pracy dydaktyczno-wychowawczej są nauczyciele, którzy ukończyli licea pedagogiczne, a potem studia wyższe. Dodam, że byli to nauczycie pełni inicjatywy i nie uchylający się w większości od prac społecznych.

 

Otton-Henryk Hawliczek

rocznik 1950 r.

 

 

            Liceum Pedagogiczne – było dobrą szkołą życia. Były to lata 1946-50, więc w naszej klasie byli ludzie z dużym bagażem życiowym, znacznie starsi ode mnie. Wspaniałe były czasy w internacie (byłam jego mieszkanką przez 4 lata), bardzo „chude”, jeżeli chodzi o „jadło” – ale bardzo mile wspominam Koleżanki i Kolegów i atmosferę internatu.

- Do klasy zostałam przyjęta z własnym krzesłem (przyjmował mnie dyrektor Musiał), a do internatu z własnym łóżkiem. TO BYŁY CZASY!!!

 

                                                            Danuta Domańska-Pietkiewicz

                                                            rocznik  1950

 

 

 

 

 

    Liceum Pedagogiczne! To przecież nasza na zawsze ukochana Szkoła.

    Przebywanie w jej murach napawało radością i dumą. Nigdy nie da się zapomnieć tamtych cudownych dni, a każdy następny z nich przynosił za pośrednictwem naszych drogich i wielce szanowanych Nauczycieli, nowe porcje wiedzy. To piękno języka polskiego, bogatej literatury, poezji, kultury narodowej, że od 2 można odjąć 3, i te sinusy, kosinusy, potęgi, i te prawa fizyki i czym była Polska w przeszłości jaka wielka, silna i potężna. Te wspólne modlitwy młodzieży z nauczycielami w katedrze, te śpiewane hymny – Bogurodzica, Marsz, marsz... do Polski ( a dopiero co, propaganda niemiecka naszpikowana pogardą wrzeszczała, że już nigdy nie będzie Polski), i te pieśni patriotyczne jak: od świętych wód Łaby po niemeńską toń wędrują szeregi młodzieży, i nie oddamy cię Bałtyku ... i wiele innych.

    Zdobywaliśmy wiedzę, która przez pięć lat okupacji niemieckiej i rosyjskiej była dla nas niedostępna. Już nie lista długa, lecz książka duża byłaby, chcąc ująć wszystko, co wtedy otrzymaliśmy w tej Szkole. Piszę szkole przez duże S, bo tyle wdzięczności zachowało się w mym sercu dla niej.

    Aż łza kręci się w oku, przywołując tamte lata, tamtych Profesorów – wymagających, kochanych. A uwielbianą Panią Stanisławę Sienkiewicz, artystkę słowa polskiego, Panią Smodlibowską, Panią Piotrowską, Księdza Koźbiała, Panów Bolesława Ducha, Kopanickiego, Jabłońskiego i wszystkich pozostałych. To Oni kształcili nasze umysły, kształtowali dusze, wlewali w serca wiarę w Pana Boga i miłość do Ojczyzny.

     Tu otrzymałem klucz do otwierania drzwi innych szkół i zdobywania wiedzy, mimo przeciwności losu.

    A młodzież! To była wspaniała młodzież. Szanujące się Koleżanki, szlachetni Koledzy. Wszyscy dbali o swoją godność, honor, odpowiedzialność, nienaganne zachowanie, chęci do nauki i pomocy innym. Boże! Daj tyle cech młodzieży współczesnej.

    Bardzo chciałbym po 55 latach spotkać się z nimi, pomimo że nie było mi dane uzyskania matury w tej szkole. Wiem, że na pewno wszystkich nie rozpoznam, a wielu może już nie żyje. Z profesorów, o ile wiem, żyje tylko Pan Bolesław Duch.

    Szczęść Wam Boże Drodzy Organizatorzy.

 

                                                                            

                                                                             Hieronim Tokarski – kl. II c w 1948 r.

 

 

 

            Te 2 lata spędzone w Kwidzynie (szkoła, internat) stanowią w moim życiu ważny etap. W internacie czułam się, jak w dużej, ciepłej, zżytej z sobą rodzinie (wspólne radości i smutki z powodów wyników w nauce, potknięć towarzyskich, pierwsze miłości i związane z nimi kłopoty, chwile euforii i oprzytomnienia, kłopoty finansowe, przyjaźnie, które trwają do dziś). W szkole?  Jeszcze do dziś brzmią mi w uszach słowa matematyczki, p. Smodlibowskiej, gdy – nie mogąc sobie poradzić z zawiłościami wykładanego przez nią przedmiotu – zalałam się łzami: „Helenko nie załamuj się, pomogę Ci.” I pomogła, wyjaśniała, przydzieliła kolegę do pomocy. Na maturze zdałam na czwórkę! To byl cudowny człowiek!  Pomogła nie tylko mnie, ale i mojej córce Grażynie, która poszła w moje ślady i na początku miała kłopoty z przystosowaniem się do środowiska. Obie wspominamy ją z rozrzewnieniem i z sympatią. To był dobry duch tej szkoły. Pozornie szorstka i wymagająca, miała złote serce, nigdy nie zawiodła.

            Drugą osobą, którą miło wspominam, była prof. Sienkiewicz – polonistka. Z jej przedmiotu byłam dobra. Kochałam książki, lubiłam pisać (maturę zdałam na pięć). Ale oprócz nauki, w szkole i internacie tyle się działo, tyle ciekawiło, że czasami tego i owego ze swoich obowiązków szkolnych nie dopilnowałam. Co robić w tej sytuacji? Ano cóż? Fantazjowałam. Na przykład streszczając jakąś lekturę, wymyślałam własne zakończenie, bohaterowi dodawałam rysów siedzącego obok kolegi, który akurat mi się podobał. Pani profesor w porę musiała powstrzymywać moje popisy krasomówcze. Zwracała się natychmiast do jakiejś mojej koleżanki lub kolegi, prosząc o kontynuowanie tego, co zaczęłam. A po lekcji zawsze słyszałam: „Helenko, radzę Ci przeczytać tę książkę …” I to wszystko. A ja wiedziałam już, co to znaczy. I ze wstydem przyrzekałam: „Przeczytam pani Profesor”. I rzeczywiście czytałam!

            Profesor Sienkiewicz wspominam też z innego powodu. Kiedyś miałam kłopoty finansowe. W domu było nas sześcioro osób: obłożnie chora matka, zapracowany stale ojciec i nas czworo dzieciaków, w tym ja – najstarsza. Z pieniędzmi nie było najlepiej. Nie zawsze starczało na jedzenie, a co dopiero mówić o innych potrzebach? Kilka razy nie miałam pieniędzy na zakup książek, opłacenia internatu. Jakimś cudem zawsze ktoś za mnie zapłacił, zorganizował mi pomoce naukowe. Przypadkowo, już po wielu latach dowiedziałam się, kto był tym moim dobrym duchem. Profesor Sienkiewicz, choć sama zarabiała niewiele i pomagała swojej dość licznej rodzinie, z którą wspólnie mieszkała, to od czasu do czasu pomogła wraz z prof. Smodlibowską którejś z nas. Robiły to bardzo delikatnie, tak - by żadnej z nas nie urazić i … anonimowo.

            Wspominam różne chwile, w których Profesor grała główną rolę w naszym szkolnym teatrze. Kiedyś wystawialiśmy „Balladynę” J. Słowackiego. Ja grałam rolę Goplany, Kornel EjsmontKirkora (a może Grabca?). Miałam być wiotka, eteryczna, niemal przezroczysta, bo przecież wciąż przebywałam w wodzie, byłam panią jeziora. Na jednej z prób postanowiłam zmienić nieco swój wizerunek: stałam się kobietą pełną, „przy kości” – jak to się powszechnie mówiło. Dziś powiedzielibyśmy: seksowną babką, w typie Kasi Figury. Włożyłam dość dużych rozmiarów pożyczony biustonosz i wypchałam go watą. Moje odbicie w lustrze powiedziało mi, że to jest akurat to, o co mi chodziło. Teraz już każdy mężczyzna będzie musiał się we mnie zakochać (nie mówiąc o Grabcu). Profesor na początku nic nie zauważyła, ale kiedy w czasie mówionego przeze mnie tekstu dostrzegłam jej piorunujące spojrzenie – tak mnie to zmroziło, że zapomniałam tekstu. Kiedy  widzowie wybuchnęli śmiechem, zrozumiałam, co się stało. To nie mój obfity biust wywołał taką reakcję, ale to, że jedna z piersi opadła mi gdzieś w okolicach pępka! Próbę przerwano, a ja uwolniwszy się od sztucznego biustu – popędziłam do internatu. Zalana łzami padłam na łóżko, nakryłam się kocem i płakałam. Jakiż wstyd! Co mam teraz robić? Uciekać do domu? I wtedy poczułam jak obejmują mnie serdecznie czyjeś przyjacielskie ręce, tulą, uspokajają. To była moja przyjaciółka Hala Kosiorek. Pomogła mi wspólnie z Kornelem Ejsmontem, moim scenicznym towarzyszem, przebrnąć przez wszystkie kłopoty, wynikłe z niefortunnego pomysłu i zbagatelizować sprawę. Znów wszystko było dobrze. Dziś tę historię wspominam z rozbawieniem. Ta przygoda dowiodła także, że „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”. Kornel Ejsmont już nie żyje, wspominam go bardzo ciepło, zaś Hala Kosiorek (dziś Sokół) jest moją serdeczną przyjaciółką. Nie rozdzieliła nas odległość (ona w Warszawie, ja w Elblągu) ani czas.

 

                                                                        Helena Stachnowicz z d. Pszkit

                                                                        rocznik 1949

 

 

            Co pozostało mi w pamięci z lat szkolnych?      

Byłam w ostatniej klasie liceum, gdy zachorowałam na gruźlicę. W marcu 1959 r. wyjechałam do sanatorium w Dziekanowie Leśnym pod Warszawą. Było tam liceum ogólnokształcące, ale zajęcia odbywały się tylko z kilku najważniejszych przedmiotów. Mój Wychowawca p. prof. Szynaka i inni Nauczyciele Liceum Pedagogicznego w Kwidzynie okazali się wspaniałomyślni, wystawili mi dobre i bardzo dobre oceny końcowe ze wszystkich przedmiotów. Przesłano mi pytania egzaminacyjne, bym się mogła przygotować do matury. Do Kwidzyna przyjechałam dwukrotnie: na egzaminy pisemne, a potem na ustne.

            Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w innej szkole, gdzie względy formalne przedkłada się nad względy ludzkie.

Moi profesorowie nie pomylili się, dając mi taką szansę.

Po dwóch latach dostałam się na studia. Za radą mojej wspaniałej prof. Smodlibowskiej wybrałam matematykę. Ukończyłam WSP w Gdańsku zdobywając tytuł magistra w 1962 r.

Pan Szynaka zaopiekował się mną również po maturze. Nie pozwolił, bym z nakazu pracy znalazła się gdzieś na trudnej placówce. Postarał mi się o pracę w prewentorium w Sopocie.

Było mi bardzo trudno pogodzić się z jego przedwczesną śmiercią. Myślę, że nasze Zjazdy Absolwentów są rzadkością w kraju. Kiedy o nich opowiadam znajomym, są zdziwieni. Nasze więzi zawdzięczamy takim osobom jak p. Smodlibowska i p. Szynaka.

Serdecznie Was pozdrawiam.

 

                                                Lucyna Lichocińska z d. Jarosz

                                                rocznik 1955

 

 

Ukończyłam studia na Politechnice Gdańskiej  w 1956 r. na Wydziale Budownictwo Wodne, uzyskując tytuł inżyniera tegoż wydziału. Bardzo dobre przygotowanie pedagogiczne w Liceum Pedagogicznym pozwoliło mi na pracę w charakterze nauczyciela budownictwa wodnego i dobry kontakt z młodzieżą. Przygotowałam wielu maturzystów.

Oprócz pracy nauczycielskiej pełniłam kolejno funkcje kierownika wydziału, dyrektora pedagogicznego oraz naczelnego. W 1978 r. po 20-tu latach pracy pedagogicznej wróciłam do wyuczonego zawodu, prowadząc dział inwestycji zajmujących się budową jazów, śluz, zapór i zbiorników wodnych. I tam przygotowanie pedagogiczne było bardzo pomocne w prowadzeniu młodych inżynierów przyjmowanych po studiach do pracy.

Takiej szkoły jak Liceum Pedagogiczne nie zapomina się, wspomina się ją z szacunkiem.

 

                                                            Bogusława Kędzierska z d. Rudnicka

                                                 rocznik 1952

 

W pamięci wciąż żywą pozostaje moja pierwsza lekcja, (poprowadzona pod kierunkiem kompetentnego i bardzo życzliwego nauczyciela – metodyka p. prof. Z. Żywickiego, już śp.), której data 12.04.1961 r. zbiegła się przypadkowo z historycznym wydarzeniem, lotem w kosmos pierwszego człowieka – J. Gagarina. Pierwsze moje kroki w zawodzie były pomyślne, podobnie jak szczęśliwy był ten pierwszy lot, cieszyłam się zatem podwójnie i szczególnie to pamiętam, a wspominam z sentymentem. Sympatycznie wspominam udział w życiu harcerskim szkoły, ponieważ wielu miłych wrażeń dostarczał nam udział w tzw. biegach, biwakach, obozach i zimowiskach. Niemała w tym zasługa drużynowej – E. Sitko, która starała się zapewnić „harcerskiej braci” moc niezapomnianych wrażeń.

Wspomnieć chcę także o występach szkolnego koła mandolinistów, w którego zespole miałam przyjemność grać. Publiczne występy młodych muzyków, uświadamiające różne okolicznościowe imprezy, podnosiły rangę koła, a emocje sięgały zenitu. Tutaj brawa i podziękowanie dla opiekuna koła, p. prof. Wł. Kowalewskiego za ambicje, a także cierpliwość przy tworzeniu dobrego zespołu, z miernych często (delikatnie nazywając) uczniów – muzyków.

Śledząc moją „karierę” licealisty – przyszłego pedagoga, nie sposób wymienić nazwiska wszystkich osób, dzięki którym możliwa była nasza edukacja. Wszystkim należą się słowa uznania i podziękowania, co niniejszym czynię.

Dziękuję również naszej wychowawczyni p. prof. Gertrudzie Pomierskiej-Skotnickiej, która wręcz z matczyną czułością prowadziła swoją klasową gromadkę w przyszłe dorosłe życie, pełne wielu niewiadomych. Starała się dyskretnie wskazywać nam tylko dobre, szlachetne wzorce. Dzisiaj myślę, że skutecznie i chwała Jej za to.

W pracy zawodowej sukcesów nie zanotowałam, ale doznawałam wiele zadowolenia z publikacji metodycznych, lekcji pokazowych i wymiany doświadczeń. Satysfakcją zawodową jest dla mnie fakt, że dane mi było pracować z młodzieżą i odczucie, że mam udział w nauczaniu i wychowaniu kolejnego pokolenia Polaków.

Kończąc moje przemyślenia w 41 rocznicę ukończenia Liceum jeszcze raz dziękuję moim pedagogom, a Koleżankom i Kolegom ze szkolnej ławy za możliwość dzielenia z nimi uczniowskiej doli i niedoli, za wszystkie chwile radości. Dziękuję Organizatorom kolejnych zjazdów, którzy podjęli ogromny trud, żebyśmy byli zadowoleni i wynieśli ze spotkań miłe wspomnienia. Zawsze było super. Dzięki.

 

                                                            Janina Michońska z d. Sokół

                                                            rocznik 1962

 

 

 

W pierwszych latach wojny, kiedy miałam siedem lat, straciłam oboje rodziców. Los tułaczy przywiódł mnie wraz z rodziną zastępczą na ziemie odzyskane, do Kwidzyna. Po ukończeniu klasy siódmej w Szkole Ćwiczeń przy Państwowym Liceum Pedagogicznym wstąpiłam do klasy wstępnej tegoż liceum. W roku 1949 klasa ta była specjalnie stworzona dla 13-latków.

Dalszą edukację odbywałam mieszkając w internacie. Bardzo kochałam moją szkołę i wychowawców (szczególnie prof. Piotrowską, Szynakę, Kułakowską i p. dyrektora Dudulewicza). Wiele zawdzięczam tym profesorom.

            Koleżanki też miałam wspaniałe. Szczególną przyjaźnią darzyłam koleżanki Zytę Kowalską, Zbigniewę Rozkrót i już nieżyjącą Aleksandrę Kasińską.

Wspominam te cudowne potańcówki, akademie, w których brałam czynny udział śpiewając w kwartecie i recytując wiersze. Czasy w których przypadło mi zdobywać wiedzę były trudne, bo przypadały na okres stalinizmu. Byłam zmuszana do wstąpienia do ZMP. Kategorycznie zaprotestowałam. W wyniku takiej postawy zagrożono mi przez władze ZMP, że nie zdam matury. Przystąpiłam do matury jako niezorganizowana z pięcioma innymi koleżankami w białych bluzkach i granatowych spódniczkach, a jedyny kolega Jerzy Kremp w granatowym garniturze. Mieliśmy się w ten sposób odznaczać jako niezorganizowani. Maturę mimo to zdałam w maju 1953 r. i tego roku podjęłam pracę w Szkole Podstawowej nr 3 w Kwidzynie. Przepracowałam w niej 40 lat pełniąc różne obowiązki i funkcje. Były to lata mozolnej pracy, a jednocześnie miłych i niezapomnianych przeżyć. Duży wpływ na moją pracę miała ówczesna kierowniczka szkoły p. Maria Dudzińska. Ona potrafiła stworzyć miłą atmosferę, zachęcającą do pracy na rzecz szkoły i środowiska.

W tym czasie skończyłam skrócone studia Zawodowe Pedagogiczne o profilu Nauczanie Początkowe.

Najmilej wspominam pracę z 3 Drużyną Harcerek w latach 1955-1958. Komendantem Szczepu ZHP naszej szkoły był wówczas dh hm Stanisław Tłustochowicz, też absolwent Państwowego Liceum Pedagogicznego. Druhny każde zadanie wykonywały z zapałem, zdobywały wiele sprawności. Zbiórki często odbywały się w terenie, połączone z gotowaniem, śpiewem, tańcem i zabawami harcerskimi. Niektóre poświęciły się pracy pedagogicznej.

Chlubą 3 Drużyny Harcerek był zespół muzyczny, który uświetniał wiele ognisk organizowanych na terenie szkoły dla uczniów i społeczności Kwidzyna.

Za całokształt mojej pracy pedagogicznej i społecznej zostałam nagrodzona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i Złotą Odznaką ZNP.

 

                                                            Maria Fijałkowska-Jedel

                                                            rocznik 1953

 

 

Trzech Budrysów

 

Stary Budrys trzech synów

Wczesną, ranną godziną

Ze snu zbudzi, przed chatę zawoła.

Trza się uczyć i basta

Idźcie wszyscy do miasta.

Tam wam ludzie pokażą, gdzie szkoła.

 

Poszli, a po okresie

Jeden z nich do dom niesie

Swą cenzurę, wstydliwie ją chowa.

- Pewnie, synku mój mały,

Niesiesz piątki, pochwały?

- Nie, mój ojcze, cenzura dwójkowa.

 

Oj, był wnet pas w robocie,

Aż nasz Budrys się spocił.

Syn do szkoły na nowo wędruje.

Aż tu zjawia się drugi.

- Pewnie piątki, zasługi?

- Nie, mój ojcze, to pały i dwóje.

 

Dostał drugi po grzbiecie,

Aż tu zjawia się trzeci

i wstydliwie cenzurę swą chowa

Nim cenzurę pokazał

Stary Budrys już kazał

Dać mu w skórę i posłać od nowa.

 

Dni minęły mozolne,

Roczek skończył się szkolny

I wydała stukrotny plon praca.

Ojciec ich zatroskany

Pas zdejmuje ze ściany.

Trzech Budrysów do domu powraca.

 

- Niechże ojciec pas schowa,

Bo cenzura piątkowa!

Jednym głosem trzech synów zawoła.

Ojciec przejrzał cenzurki,

Gładził chłopców fryzurki

I radośnie całował ich czoła.

 

 

Bolesław Duch - profesor

 

 

            Naukę w Liceum Pedagogicznym rozpoczęłam 1 września 1950 roku. Przez wszystkie lata nauki mieszkałam w internacie. Wspólne przebywanie z koleżankami i wspólne rozwiązywanie problemów przyczyniły się do scementowania przyjaźni trwającej do dziś.

            W internacie i szkole spotkałam się z pracą na rzecz innych. Z wyboru p. profesor Zdzisławy Smodlibowskiej pełniłam dyżury w izolatce internackiej przy chorych koleżankach i dbałam o czystość izolatki. W trzecim roku pobytu w internacie koleżanki wybrały mnie na przewodniczącą Samorządu Internackiego. Do zadań przewodniczącej należało, w czasie apelu rano i wieczorem, przyjmowanie od grupowych raportu o obecności mieszkanek internatu i zdawanie raportu nauczycielowi dyżurnemu.

            W szkole prof. Dymitr Jabłoński – biolog – zlecił mi opiekę nad gabinetem biologicznym. Opiekę pełniłam jeden rok szkolny.

            Na okres mojej nauki w liceum przypadł czas prac społecznych przy odgruzowywaniu naszego miasta.

            Świadectwo maturalne otrzymałam 27.VI.1954 roku w dniu moich 19-tych urodzin i w dniu imienin naszego wychowawcy prof. Władysława Skowrona.

            Pobyt w szkole i internacie to okres kształtowania się mojego charakteru. W zawodzie nauczycielskim przepracowałam 40 lat na terenie Kwidzyna – 15 lat w SP nr 5 z dziećmi w kl. I-IV, 15 lat w szkolnictwie specjalnym w SP nr 7, również w kl. I-IV. Już na emeryturze prowadziłam 10 lat nauczanie indywidualne.

            Obecnie należę do kręgu seniorów ZHP „Płomienie” im. Zofii Dudulewicz.

            Życie prywatne układało mi się pomyślnie. Wraz z mężem ciągnęliśmy nasz wspólny „wóz życia” przez 45 lat. Wychowaliśmy 3 dzieci: 2 córki i syna. Doczekaliśmy się 3 wnuków i 2 wnuczek.

Skrócone wspomnienia przesyła Krzysia, czyli

Leokadia Śmigielska z d. Krzysztofiak

rocznik 1954

 

 

            Od dziecka pragnęłam zostać nauczycielką i moje marzenia spełniły się dzięki ludziom dobrej woli.

            Po zawierusze wojennej, gdy Warszawa legła w gruzach, prof. J. Kowalczyk, który był nauczycielem polonistą w Liceum Ogólnokształcącym w Kwidzynie, zabrał mnie i brata do siebie i umieścił mnie w Liceum Pedagogicznym, a brata w swojej szkole. Oboje zamieszkaliśmy w internacie przy ul. Braterstwa Narodów 30.

            Ze wzruszeniem wspominam pobyt w bardzo trudnych warunkach życia w internacie. Podziwiałam i kochałam swoich nauczycieli. Pani prof. Sienkiewicz i p. Smodlibowska to osobowości, których się nie zapomni. Najlepsi nauczyciele i myślę, że najlepsza młodzież spotkała się w naszym liceum.

            Dało nam ono podstawową wiedzę, jak uczyć dzieci i jak kształtować ich charaktery. Uważam, że spełniło swe zadanie: zaszczepiło w nas miłość do dzieci i chęć dalszego samokształcenia. Jak się okazało, to bardzo wielu z nas pokończyło studia wyższe, ciągle doskonaląc się w pracy.

            A ileż to naszych licealistów zrealizowało studia magisterskie i kontynuowało dalszą pracę naukową.

            Wspomnę o koleżance z Kl. IV b – Wandzie Słanarz-Bukowskiej, która do dziś jeszcze pracuje jako mgr choreografii w Wodzisławiu Śląskim, jeździ po kraju i za granicę z występami tanecznymi, rozsławiając folklor polski.

            I ja zawdzięczam naszemu Liceum wiele. Ukończyłam Uniwersytet Warszawski i pracowałam w Szkole Ćwiczeń tegoż Uniwersytetu, ucząc przyszłych nauczycieli. Przepracowałam 40 lat w szkole i mam zadowolenie z dobrze spełnionego obowiązku.

            Przez wszystkie lata brałam udział w zjazdach koleżeńskich w Kwidzynie, gdzie spotykałam swych przyjaciół z lat szkolnych i wspólnie wspominaliśmy życie w internacie i naukę w szkole.

            Lata 1946-1949 były bardzo trudne. Młodzież pracowała nad oczyszczaniem z gruzów i śmieci różnych obiektów, jak szkoły, teatru, katedry. Wynosiliśmy sterty gruzu, szkła, nieczystości, myliśmy okna, sprzątaliśmy sale.

            W internacie, który był naszym domem, czuliśmy się dobrze i bezpiecznie, choć warunki były ciężkie. Za kubki do kawy czy herbaty służyły nam często puszki po konserwach.

            Codziennie inna grupa dziewcząt wstawała bardzo wcześnie by naobierać kartofli na obiad dla wszystkich mieszkańców internatu. P. Gertruda była szefową kuchni i jej pomagaliśmy z ochotą, a ona za to pozwalała nam wieczorem smażyć placki, czy inne specjały. Dostawaliśmy kartki na żywność, pamiętam, że mogliśmy sobie kupić śledzie, które potem przyrządzaliśmy na różne sposoby.

            Bywaliśmy na zabawach szkolnych organizowanych przez inne szkoły średnie. Często przedłużaliśmy wyznaczony limit czasu i pod strachem, cichutko, po skrzypiących schodach, wracaliśmy z udanej zabawy bojąc się spotkać dyżurujących nauczycieli – najczęściej p. Jabłońskiego lub J. Kasprowicz.

            Opowiadamy o tych czasach naszym dzieciom i wnukom, które nie bardzo chcą wierzyć, że tak dawniej się żyło i uczyło. Dziwią się, że tyle mogliśmy zrobić jako młodzież. A my byliśmy pełni zapału do pracy i kierowali nami mądrzy i wspaniali nauczyciele. Oni to poświęcali swój trud i wiedzę, by nas przygotować do pracy i życia. Chwała i cześć Im za to. Dlatego zawsze chętnie tu wracamy, by odświeżyć wspomnienia i przyjaźnie z dawnych lat. Tu składamy hołd naszym drogim nauczycielom odwiedzając z kwiatami ich groby i bliskich nam przyjaciół.

            Cieszę się, że będę na tym zjeździe, może ostatnim dla mnie, wszak kończę 75 lat. Zdrowie co raz słabsze, za to pamięć o młodości nic nie stępiała. Pozdrawiam Organizatorów i dziękuję Im za trud.

 

Halina Sokół z d. Kosiorek

rocznik 1949

 

 

40 LAT MINĘŁO…

 

Upływa szybko życie…

to nic;

a dziś jeśli losów koła złączymy zerwaną nić,

będę z Wami pospołu; wspominać, marzyć i śnić…

 

 

            Okrągłe rocznice skłaniają do refleksji, do poszperania w przeszłości, do prześledzenia przebytej drogi, jak to się zaczęło, jak było…

            Był rok 1963. Ile to już minęło lat?… To wprost niemożliwe, aż tyle czasu upłynęło od naszej MATURY!!!

            XII Zjazd to świetna okazja by wrócić do wspomnień, przywołać wspaniałe chwile beztroskich, szkolnych lat, skierować myśli i uczucia do kochanych nauczycieli, koleżanek i kolegów oznajmiając, że jesteśmy wychowankami WSPANIALEJ SZKOŁY, WSPANIAŁYCH NAUCZYCIELI.

            ABSOLWENCI ROCZNIKA 1963:

KLASA Va – wychowawca Helena Paciorek

Jadwiga Bolesta, Walentyna Dębicka, Janina Gostomczyk, Lotte Gawrońska, Barbara Goc, Halina Guziewicz, Jadwiga Guziewicz, Jadwiga Jakubiak, Jadwiga Jentczak, Barbara Koniszewska, Zofia Krajnik, Janina Łukomska, Dorota Mańkowska, Krystyna Mizera, Wanda Oleszczak, Genowefa Rzeszutek, Halina Skrzypek, Zofia Strug, Sabina Szyłko, Stefania Szpringiel, Stanisław Tomanek, Krystyna Załęska, Janina Żałabowska.

KLASA Vb – wychowawca Władysław Paciorek

Zofia Łyszkowska, Maria Mańdziuk, Anna Marchel, Krystyna Mendat, Celina Obuchowska, Teresa Radwańska, Jadwiga Radziemska, Stanisław Remiszewski, Janina Siembida, Anna Suwalska, Janina Staszak, Edward Suczyński, Ryszard Strelau, Kazimiera Tul, Bożena Wójcik, Jadwiga Zakrzewska, Józej zając, Krystyna Zubek.

            Wydaje mi się, że to tylko chwila, moment, że to było tak niedawno, wczoraj, a dziś większość z nas jest emerytami i mamy prawi… sześćdziesiąt lat.

            Naukę rozpoczęliśmy w dwu klasach małżonków H. i W. Paciorków zaraz po ich magisterskich studiach. Było nas 80 (dwie klasy po 40 uczniów) w tym 8 „rodzynków”. Wielu z różnych powodów nas opuściło i do matury doszło tylko 41. Mieliśmy po 19 lat i wielki zapał do pracy oraz ambitne plany na przyszłość. Powspominajmy więc:

            Zima 1963 roku była zimą stulecia i zapisała w pamięci szczególnie studniówka, którą mieliśmy 23 lutego. Odbyła się ona w szkole Ćwiczeń w małej sali gimnastycznej. Najcieplej było w szatni w ramionach chłopaków…

            Matura była rozciągnięta w czasie aż do 20 czerwca. Większość moich koleżanek musiała wyjechać na kurs ZHP do Cieplic, więc nie urządziliśmy balu maturalnego. Dlatego na tym zjeździe zrealizujemy swój bal okolicznościowym tortem i wspomnieniami. Oby było nas jak najwięcej. Na pewno powspominamy o parze, której ślub odbył się zaraz po maturze – 24 czerwca 1963 roku. Pan profesor Jerzy Fanslau miał dobry gust i wśród tylu pięknych dziewcząt wybrał naszą koleżankę Krysię Mizerę.

            Aby doprowadzić nas do matury ileż trzeba było trudu i wysiłku ze strony naszych ukochanych wychowawców i nauczycieli. Najwięcej napracowała się w mojej klasie pani profesor Zdzisława Smodlibowska. Miałyśmy spore zaległości z poprzednich lat i trzeba było je nadrobić, a przy tym część koleżanek nie miała uzdolnień matematycznych. Byłam w klasie intelektualistek, marzycielek, polonistek i aktorek. Dzięki pomocy wychowawców i koleżanek pokonaliśmy wszystkie trudności.

            Wracam wspomnieniem i gorącym, wdzięcznym sercem do pani profesor Gertrudy Pomierskiej, oj nauczyła nas podstaw gramatyki, ortografii i literatury. Wiedziała jak zmusić nas do przeczytania lektury, chociaż część z nas czytała tylko początek i zakończenie powieści. Pamiętam jak przyparta do muru Janka potrafiła przeczytać „Potop” przez jedną noc. Zaowocowały szczególnie słynne sprawdziany ortograficzne – pary wyrazów o różnej pisowni. Uczestniczyliśmy także w kursie teatralnym, byliśmy ze sztuką „Lilie” Adama Mickiewicza w Gdańsku i Czarnym Dolnym. Naszą ortografię utrwalał także profesor Bohdan Głowacki na kartkówkach

Wytykał nam błędy, nauczył nas kojarzenia faktów, logicznego myślenia.

            Cieszę się, że mogę wspominać lekcje chemii Jadwigi Wandeker. Widzę ją za katedrą jako „damę z łasiczką”, w swoim srebrnym lisie, w obłokach markowych perfum, tryskającą energią, dowcipną. Była damą z klasą, w wydaniu Hanki Bielickiej. Znała wiele języków, gdy byliśmy grzeczni to w nagrodę śpiewała nam po turecku.

            Tylko nasze Liceum potrafiło przygotować w sposób wszechstronny do zawodu nauczycielskiego. Jak najserdeczniej podziękuję w swoim imieniu panu profesorowi Leonowi Żywickiemu za praktykę pedagogiczną w Kamionce w klasach łączonych. Szczęśliwy z wypiekami na policzkach powiedział do Krysi Mizery i mnie: „z tej mąki będzie chleb” – DZIĘKUJEMY za zaufanie.

            Jestem dumna, że jestem absolwentką wspaniałej nauczycielki języka rosyjskiego – Ireny Żywickiej. Sabinka Szyłko skończyła filologię rosyjską, a ja i wiele moich koleżanek uczyło tego języka.

            Dyscyplina, choć nieraz narzekaliśmy na nią, nie przemieniała się w tłamsenie naszych indywidualności. Więcej swobody miała klasa „b”, tam prawą ręką wychowawcy i profesorów była Krysia Mendat, oczko pani G. Pomierskiej, a nasz konferansjer na uroczystościach szkolnych. Wspomnę nasze „rodzynki”. Edek Suczyński potrfił urządzać fajfy szkolne, miał wiele płyt, wtedy jeszcze winylowych, a jedna z nich była przerysowana w ten sposób, że po zakończeniu melodii igła wracała do początku. Po zamknięciu radioli walczyk ten mógł lecieć nawet kilkadziesiąt minut i na tancerzach wyciskać siódme poty. Czy pamiętacie Igę pięknie śpiewającą w języku angielskim przebój „Caroll”. Była wśród nas uzdolniona muzycznie Jana, nasza Karin Stanek.

            Wspomnę jeszcze obóz w Garczynie z p. Michałem Piskunowiczem, biwaki w Brachlewie i Kleczewie, sadzenie lasu, wykopki, wycieczki. Pracowaliśmy także przy przygotowaniu terenu pod salę gimnastyczną. Potem w ostatniej klasie uczestniczyliśmy w otwarciu wybudowanej sali wraz z p. Zofią Dudulewicz.

            Edek, Józek i Staszek zapamiętale podziwiali w czasie ćwiczeń na lekcjach W-F biusty swoich koleżanek, za co najczęściej byli wyrzucani z lekcji.

            W harcerstwie 80% mojego rocznika zdobyło stopnie przewodników, instruktorów, wielu należało do drużyny żeglarskiej. Jako jedna z „parówek” p. Jerzego Lorenca brałam udział w zawodach strzeleckich. Często słyszałam słowa p. Zofii Dudulewicz: „Gawrońska patrz przed siebie, nie garb się”.

            Tytanowe nerwy mieli panowie: Szwabowicz, Ejsmont, Wrzaskowski, Kowalewski, Kurdziel, Kwiatkowski, czy Fanslau. U p. Kowalewskiego czasem pół grupy wyleciało za drzwi, aby nastroić skrzypce. Ratowały nas z opresji Jana, Jadzia Jentczak, Krysia Mizera i Halina Skrzypek. One były w zespole skrzypcowo-mandolinowym.

            Przywołując z pamięci bliskie i życzliwe Osoby z lat nauki w Liceum, chcemy powiedzieć wszystkim: Pamiętamy i dziękujemy!

            Były to beztroskie lata naszego rocznika 1963.

            Liczę, że Koleżanki i Koledzy swoimi wspomnieniami wypełnią nasze spotkanie zjazdowe.

           

Lotte Raczkowska z d. Gawrońska

rocznik 1963

 

 

 

 

 

„Czy stara przyjaźń

Z dawnych lat

Niegodna wspomnień dziś?

Czy do radości młodych lat

Nie wróci nigdy myśl?

 

Za starą przyjaźń drogi mój,

Za przyjaźń z dawnych lat,

Chwyć bracie,

Wychyl kielich swój

Za przyjaźń z dawnych lat.”

 

                        Krystyna Śnieguła-Stasiewicz

rocznik 1956